Forum Pub pod Świńskim Łbem Strona Główna

Martwe Wrzosy

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Pub pod Świńskim Łbem Strona Główna -> Fanfiction
Zobacz poprzedni temat :: Zobacz następny temat  
Autor Wiadomość
Cornelia Cole
Pufek



Dołączył: 27 Sty 2006
Posty: 23
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Spomiędzy nieba a piekła...

PostWysłany: Nie 3:44, 26 Lut 2006    Temat postu: Martwe Wrzosy

Panie i panowie!

Oto mam zaszczyt przedstawić swój debiut nieerotykowy.
Bohaterowie są bardzo nietypowi... w większości wymyśleni (jak na razie jest tylko dwóch kanonicznych, a i to delikatnie... raptem się o nich wspomina).
Będzie bardzo dużo opisów, to zastrzegam sobie na samym początku.
Tytuł w oryginale należał do jednego z tomów "Sagi o Ludziach Lodu" Margit Sandemo, ale samo opowiadanie z książką nie będzie miało nic wspólnego. Pasowało mi po prostu zestawienie tych dwóch wyrazów.
Styl narracji - jak niektórzy na pewno dostrzegą - jest klasycznym pastiszem stylu Tracy Chelavier. Otóż, jak to ja, bawię się literacko... Będzie więc można zaważyć podobieństwa do "Dziewczyny z perłą", zwłaszcza na początku, bo potem fabuła zacznie odstawać.
Nie będzie to typowy romans, aczkolwiek wątek miłości w jakieś postaci wystapi na pewno.
Tym samym - zapraszam do czytania Smile

Nel

PS.: Zapomniałabym - betowała Nuna jak zwykle.

Prolog


Nie wiedziałam wtedy, że mnie obserwuje. Układałam akurat zastawę na stole: srebrne łyżki, noże o trzonkach wykładanych szafirami, widelce inkrustowane masą perłową; obok talerze z najdelikatniejszej porcelany, tak cienkiej, że niemal przezroczystej, ręcznie zdobionej białym złotem. Każde naczynie wieńczyła odrębna reliefowa scena, zawsze pachnąca egzotyką, intymnością, wszystkim, co zakazane. Tu kurtyzana uwodziła indyjskiego maharadżę, tam gejsza oddawała się japońskiemu cesarzowi, tu znów kusząco pochylała się Hipolita, odziana tylko w pas, i nalewała wina do Heraklesowego pucharu.

Znałam te imiona, tylekroć słyszałam je w ustach państwa.

Dłonią poprawiłam fałdy śnieżnobiałego jedwabnego obrusu, opadającego kaskadami aż do ziemi. Potem, niemal pedantycznie, poprawiłam ustawienie obitego ciemnozielonym aksamitem krzesła o wysokim, rzeźbionym oparciu.

Teraz domyślam się, jaki wyraz musiała przybrać jego twarz, gdy obserwował te poczynania. Lewa brew była wysoko uniesiona w geście zaciekawienia, ale jednocześnie miał pewnie to nieobecne spojrzenie, jakby jego myśli błąkały się po całkiem innych szlakach.

Nieco odsunęłam się od stołu, podziwiając swoje dzieło. Nagle błyskawicznie pochyliłam się, dostrzegłszy krzywo opadający liść jednej z ozdabiających stół herbacianych róż. Łagodnie go podniosłam, dbając, by nie popsuć reszty kompozycji. Potem, gdy już uznałam, że wszystko wygląda jak powinno, przeszłam do kuchni.

O tym, że wtedy spoglądał na mnie, że mnie oceniał, co pojęłam potem, dowiedziałam się od kucharki. Pamiętam doskonale litość w jej oczach. Ona, która zwykle mnie szczerze nie znosiła, teraz bezbrzeżnie żałowała. Czy miała rację?

Wtedy nic nie rozumiałam. Kompletnie nic. Naiwność młodości… Nie wiedziałam, kim jest ów mężczyzna. Nie miałam pojęcia o jego sztuce, marzeniach, planach, pracach… Nie znałam tej bezwzględności charakterystycznej dla mistrzostwa, potrzeby poświęcenia siebie i wszystkich wokół dla arcydzieła. Wówczas nie spotkałam jeszcze jego czarnookiej żony o ciemnych włosach. Och, gdybym mogła wiedzieć, jak bardzo oboje pogmatwają mi życie… ale to i tak nic by nie zmieniło.

Kazano mi usługiwać przy stole podczas obiadu. Nieznajomy bezustannie śledził moje ruchy kątem oka, a moja pani tylko uśmiechała się do niego, zadowolona i jakby – usatysfakcjonowana?

Tego wieczoru nie dowiedziałam się, o co chodziło. Lord powiedział mi dopiero nazajutrz.

Ów mężczyzna… Miałam sprzątać w jego pracowni.




Rok pierwszy


Koła powozu regularnie podskakiwały na wybojach drogi, trzęsąc jednocześnie mną, jedyną pasażerką. Potarłam dłonie o siebie i schowałam w fałdach fartucha, opuszczając głowę. Rąbek czepka opadł mi na twarz tak, jak tego chciałam.

Spod jego krawędzi obserwowałam nieznany mi kornwalijski krajobraz. Napawał mnie lękiem, nie mogłam opędzić się od wrażenia, że wokół moich nadgarstków zaciskają się żelazne kajdany, dlatego też chowałam je tym dziecinnym gestem w fałdach spódnicy.

Byłam przyzwyczajona do spokojnych, regularnych krajobrazów Anglii południowo-zachodniej - pól pszenicy i żyta, miłych miasteczek leżących w dolinach, a gdzieś w tle zielonych zagajników rozsiewających woń iglastego lasku. Tam wszędzie roiło się od roześmianych dzieci, ganiających się na bosaka, panien plotących wianuszki z polnych kwiatów, młodzieńców prężących mięśnie na słońcu, zerkających co rusz w stronę chichoczących dziewcząt.

Tutaj panowała cisza, niczym niezmącona. Chociaż nie, jeden dźwięk był tu wszechobecny – wiatr. To on królował w tej dzikiej, wrogiej mi – jak się wydawało – krainie.

Przerażał mnie. Uosabiał sobą siły przyrody, żywioły, te, które posiadały moc niszczenia. Człowiek wobec nich był tak bardzo bezsilny… A teraz wkraczałam na ich terytorium, gdzie władza natury była niepodzielna.

Ale to nie tylko wiatr wywoływał u mnie dreszcze paniki. Było coś innego… Przestrzeń. Ilekroć się rozglądałam, mój wzrok uciekał tak daleko, iż nic nie stało na przeszkodzie, by na południu widzieć szalejący przypływ morza.

I wrzosowiska, wszędzie wrzosowiska. Poprzetykane siecią opadającej mgły, zdawały się przybierać barwę niemal siną. Powierzchnia krzewinek układała się w fale, podobna do tafli olbrzymiego zaczarowanego jeziora. Wydało mi się nagle, że słyszę szepty, chichoty, płacz… Zupełnie tak, jakby w każdym zakątku kryły się małe, złośliwe czarnoskrzydłe elfy o fioletowej skórze i włosach.

Wróżki*, przemknęło mi przez myśl. Poczułam lekkie muśnięcie na karku i podskoczyłam z krzykiem, pewna, że któryś z duszków gotów jest wbić zęby w delikatnie pulsującą na mojej szyi tętnicę. Ale to był tylko cień ptaka latającego wysoko na niebie.

Jego widok zaparł mi dech w piersiach. Był taki majestatyczny, dumny, wolny… Właśnie – wolny. Zdawały się nie istnieć granice zdolne go powstrzymać w jakikolwiek sposób. Wznosił się zbyt daleko, bym mogła rozpoznać, czy to sokół czy jastrząb, czy coś jeszcze innego, ale nie to było ważne. W jego ruchach, wzlatywaniu ku górze i nurkowaniu w dół kryła się królewska godność. Był przecież częścią natury, która tu bez wątpienia panowała.

Wzdrygnęłam się gwałtownie. Tutaj królowała ta specyficzna atmosfera, która już brała mój umysł w posiadanie. Fascynowała mnie, ale i doprowadzała do paniki. a przecież znacznie później ją pokochałam. To wrzosowiska miały mi nieść pociechę w ciężkich chwilach, które nadeszły. Na razie jednak o tym nie wiedziałam.

- Nazywamy te tereny Land’s End – odezwał się nagle woźnica, oglądając przez ramię. Zdarzyło mu się to po raz drugi. Pierwszym, co od niego usłyszałam, był rozkaz załadowania moich bagaży do powozu. – Najdalej wysunięty na zachód fragment Kornwalii… Najprawdziwszy matecznik, nieprawdaż? Straszy tu.

- Co ma pan na myśli? – zapytałam, co najmniej poważnie zaniepokojona. Niepewnie zerknęłam za plecy. Odkryty powóz nie dawał żadnej ochrony ani przed wiatrem, ani przed złymi duchami.

- Jak to co? – zawołał i nie udało mu się ukryć uśmiechu satysfakcji. - Nie słyszałaś nigdy o wszystkich stworzeniach? Chochlikach, diabłach…

- Niech pan natychmiast przestanie! – przerwałam mu wzburzona, zrozumiawszy, że specjalnie mnie straszy. – Bardzo zabawne, wyprowadzać mnie z równowagi!

Roześmiał się nieco złośliwie, a ja odwróciłam dumnie podbródek. Chcąc nie chcąc, zwróciłam twarz ku południu. A tam mój wzrok przyciągało morze… Hipnotyzujące masy spienionej, granatowej wody, teraz ogarniętej przez wzburzone święte żywioły. Fale przewalały się, a musiały być bardzo wysokie, widziałam to nawet z tak daleka. Zdawały się być rycerzami toczącymi zacięty bój o pocałunek księżniczki. Ryk oceanu, który dochodził jak echo do moich uszu, upodabniał się w umyśle do okrzyku trwogi lub triumfu, kaskady wody, rozbijające się na klifach, dla mnie czerwieniły się krwią. Walka na śmierć i życie…

A gdyby teraz znalazł się tam jakiś człowiek, tknęła mnie nagle myśl, natychmiast powodując cichutki jęk zgrozy. Nie byłoby dla niego litości. Stałby się ofiarą dzikiego morza.

Woźnica obejrzał się na mnie ciekawie, musiał dosłyszeć moje westchnienie, ale tym razem powstrzymał się od komentarza. I całe szczęście, bo nie byłam gotowa za siebie ręczyć. Moje nerwy do szczętu zszargała ta dziwna kraina wichrów.



Zamek stał na najwyższym klifowym wybrzeżu, jakie widziałam. Nie, żebym wtedy mogła pochwalić się niezwykłą znajomością świata, ale mówię to teraz, z perspektywy czasu. W moim umyśle fundamenty, stojące na samym skraju skały, wciąż nieustannie obsuwały się, mając pociągnąć za sobą całą budowlę w spienione odmęty.

Nie znałam się na sztuce i nie potrafiłam powiedzieć, jaki styl prezentował sobą zameczek. Jak wszystko tutaj – siał grozę nawet z daleka, ale urzekał trudnym do zinterpretowania pięknem. Mury, idealnie wygładzone od wiatru, poczerniały z czasem, a od strony lądu nieco porosły zielenią. Ocieniały dziedziniec, odgradzając go od morza, co musiało dawać nieco wytchnienia. A gdy spojrzałam w górę, ujrzałam wieżę, pojedynczą i bardzo wysoką.

Więzienie księżniczki, przemknęło mi, może nieco głupio, przez myśl. Ale tak właśnie poczułam, zwłaszcza w zestawieniu z poprzednimi fantazjami o rycerzach z fali morskiej, którzy wylewać mieli krew dla wygranej w turnieju.

Tu brakuje jednak tylko smoka… Wielkiego, czarnego smoka o czerwonych ślepiach i długich, białych kłach. Nigdy takiego nie widziałam, ale ponoć istnieją… Tak pisano w książkach milorda.

To było moją tajemnicą w poprzednim domu - sekretne wymykanie się w nocy do biblioteki. Nie umiałam czytać, ale to nie przeszkadzało oglądać mi pięknych, dużych obrazków, często poruszających się, wydających dźwięki, tętniących barwami i życiem, tak samo, jak spoglądania na któreś z państwa, gdy korzystali z magii. Tej pięknej, złowieszczej magii, która zakazana była dla nas, zwykłych śmiertelników.

Zamknęłam oczy.


Okazało się, że mieszkały tu – obok mojego nowego pana i poznanego już woźnicy – jedynie dwie stare kobiety. Ostatnio wrócić do domu miała też ponoć pani Perenellia.

Szybko poinformowano mnie o moich nowych obowiązkach. Miałam sprzątać – przede wszystkim pracownię pana – ale nie tylko. Zorientowałam się, iż tak naprawdę cały zamek będzie na mojej głowie. Wcale mi się to nie spodobało.

Dobrze chociaż, że obie kobiety – Sara i Anna, jak się dowiedziałam nazajutrz – brały na siebie cerowanie, pranie i gotowanie. I tak roboty tu było na tuzin służących.

Do spania przydzielono mi małą izdebkę na poddaszu nad stajnią. Nie było tu przytulnie, wcale a wcale, ale nie groził mi chłód, charakterystyczny dla wybrzeża. Postarałam się wykrzesać z siebie nieco optymizmu, spoglądając na krótki, wąski siennik oraz drewniany stołek w kącie naprzeciwko. Po chwili znalazła się tu też moja skrzynia z kilkoma drobiazgami, zalegającymi dno. Nic ponadto nie posiadałam.

Usiadłam na brzegu posłania, wciągając głęboko powietrze. Pachniało sianem, owsem i końmi, ale mimo to wyczuwałam w nim ostrą nutę morskiej soli. Wmawiając sobie, że nie słyszę szumu oceanu, znajdującego się tuż, tuż, ułożyłam się do snu.

Przez całą noc nie zmrużyłam oka.


>~*~<


Panią Perenellię pierwszy raz spotkałam dwa dni później. Wyszła na dziedziniec, gdzie akurat czyściłam drobniutkim piaskiem, a potem polerowałam srebra. Musiałam bardzo uważać, żeby nie porysować cennej zastawy, ale jednocześnie nie pozostawić brudu.

Wyglądało na to, iż nikt od dawna nie zajmował się porządkowaniem naczyń.

Pani przyglądała mi się przez chwilę nieco nieprzytomnym wzrokiem, tak jakby była w stanie upojenia alkoholowego. Potem dowiedziałam się, że taka już jest. Ale to spojrzenie bardzo długo jeszcze miało mnie niepokoić nim w końcu przyzwyczaiłam się do niego.

Była bardzo piękna. Wysoka i smukła, odziewała się strojnie, aczkolwiek jej suknia zawsze pozostawała nieco nieuporządkowana, tak jakby wróciła ze spaceru. Nigdy też nie nosiła jasnych kolorów. Jedwabie, atłasy – wszystko mieściło się w tonacji zbliżonej do czerni, bardzo ciemnego szkarłatu, granatu czy butelkowej zieleni.

W przeciwieństwie do innych dam, moja pani nie upinała włosów, pozwalając im swobodnie spływać na ramiona. Czarne i proste, zdawały się być jakby rozwiane, lekko poplątane. Były identyczne jak te, które nosiły kobiety lekkich obyczajów. Gdy jednak tego wieczoru powiedziałam o tym Annie, ta zrugała mnie.

- Musisz się przyzwyczaić! – podsumowała sprawę na koniec i surowo zakazała mi wspominania o tym kiedykolwiek jeszcze.

Pani Perenellia wyszła wtedy na dziedziniec i bezmyślnie przyglądała się temu, co robię. Potem zasiadła na ławie, stojącej w bocznym krużganku, dobudowanym w ostatnich latach dopiero. Dlatego też porastające pnącza, nie tak dawno znów posadzone, sięgały zaledwie połowy filarów.

- Powinna mieć dziecko – zamruczała sama do siebie Sara, siedząca dwa metry dalej. Czyściła ryby, robiąc przy tym niemożliwy bałagan. Wiedziałam, że to ja będę musiała to potem sprzątać.

- A dlaczego nie ma? – zapytałam cicho, tak aby pani nie mogła tego usłyszeć. Chociaż stwierdzenie staruszki nie było skierowane do mnie, pozostawała nadzieja, iż odpowie.

- A co cię to obchodzi! – fuknęła groźnie, ale potem nachyliła się w moją stronę. – Nie znasz jej. I już na pewno nie znasz naszego pana… Widziałaś go?

- Raz, kiedy usługiwałam przy obiedzie u mojego poprzedniego państwa – odparłam, przerywając czyszczenie sreber.

Sara pokiwała głową.

- Ale pewnie mu się nie przyjrzałaś?

Nie odpowiedziałam. Zdążyłam się zorientować, że obie kobiety mają zwyczaj zadawania pytań, na które odpowiedź nie tylko nie była oczekiwana, ale wręcz niepożądana.

- Cóż, mieszkając tu zobaczysz wiele osobliwych sprawek. Nasz pan jest… właśnie, nie sposób określić, jaki. I pani… - urwała nagle, spojrzawszy na mnie bystro, po czym jej wyraz twarzy zmienił się na niedostępny, hardy. Wiedziałam, iż już więcej niczego nie zdradzi, a poprzednie słowa nic mi nie mówiły.

- Zresztą – jak już rzekłam – to nie twój interes! – zawyrokowała. – Lepiej też nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy! I nie myśl nad tym, co będziesz widziała! Też mi – mruczała już ciszej, sama do siebie, wróciwszy do pracy – taka smarkula a będzie sprzątała pracownię… To błąd, jako zwę się Sara! Jeszcze będą żałować i płakać, ale będzie za późno… Za późno…

_____________
* Nie pamiętam już dokładnie, jak to było, ale ‘wróżka’ to celtyckie bądź irlandzkie określenie elfa bodajże. Nie mogę skojarzyć, gdzie o tym czytałam, a teraz nie udaje mi się tego znaleźć. Grunt jednak, żebyście wiedzieli o powiązaniach tych dwóch terminów.


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Gość







PostWysłany: Nie 13:43, 26 Lut 2006    Temat postu:

Hipnotyzujące masy spienionej, granatowej wody, teraz ogarniętej przez wzburzone święte żywioły. Fale przewalały się, a musiały być bardzo wysokie, widziałam to nawet z tak daleka. Zdawały się być rycerzami toczącymi zacięty bój o pocałunek księżniczki. Ryk oceanu, który dochodził jak echo do moich uszu, upodabniał się w umyśle do okrzyku trwogi lub triumfu, kaskady wody, rozbijające się na klifach, dla mnie czerwieniły się krwią. Walka na śmierć i życie…

Ten opis morza jest niewzwykły , taki tajemniczy , jeszcze nie spotkałam się z takim cudnym opisem.
Twoje dzieło świadczy o tym , że świetnie piszesz i o tym , że betę też masz super.
Twoje erotyki są lepsze , ale nie wiem co bedzie dalej dlatego na razie nie osądzam i myśle , że na razie jest super.
Powrót do góry
Aubrey
SUM-owiec



Dołączył: 30 Sty 2006
Posty: 153
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: I tak nie trafisz

PostWysłany: Nie 13:45, 26 Lut 2006    Temat postu:

Kurna sorry , ale znów mnie wylogowało.

Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Cornelia Cole
Pufek



Dołączył: 27 Sty 2006
Posty: 23
Przeczytał: 0 tematów

Ostrzeżeń: 0/5
Skąd: Spomiędzy nieba a piekła...

PostWysłany: Czw 12:49, 03 Sie 2006    Temat postu:

Nie mogłam dojść, kto jest tu moderatorem... A więc pisze na forum.

Proszę o wyrzucenie (nie zamknięcie, ale całkowite usunięcie) tego opowiadania z forum. Nie ma najmiejszych szans na kontynuację, a nie widze powodu, by miało zaśmiecać serwer przerwane.

Z góry dziękuję.
Nela


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Wyświetl posty z ostatnich:   
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Pub pod Świńskim Łbem Strona Główna -> Fanfiction Wszystkie czasy w strefie EET (Europa)
Strona 1 z 1

 
Skocz do:  
Możesz pisać nowe tematy
Możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Powered by phpBB © 2001, 2005 phpBB Group, modified by MAR
Inheritance free theme by spleen & Programosy

Regulamin